1969 - 2026
|
|
|
 |
| | | O wycieczce: data: 5-6 wrzesnia , liczba uczestników: osób, długość trasy: km, organizator wycieczki: Asia Daszkiewicz
|
| Trasa: :Gdańsk-Łąkie – Trzebiatkowa – Żydowo – Miastko - Grzybnicę -Tychowo – Karlino – Białogard - Podborsk – Okonek - Gdańsk
|
 |
Trampowanie autokarowe Asi: dzień pierwszy
Z Trójmiasta do Rymania przez Łąkie, Trzebiatkową, Żydowo, Miastko, Grzybnicę i Tychowo
Nasz wesoły autokar wystartował z Gdyni o szóstej, zbierając po drodze kolegów z różnych części Trójmiasta. Umilaliśmy sobie podróż, rozmawiając o kawie i licytując się, kto wstał wcześniej (niektórzy przed trzecią).
Chociaż naszym celem było województwo zachodniopomorskie, pierwszy planowany przystanek na trasie stanowiły Kaszubskie Zioła – gospodarstwo we wsi Łąkie pod Bytowem. Jego właścicielka – pani Bożena – oprowadziła nas po swych włościach, zdradzając tajemnice poszczególnych roślin i zachęcając do ich degustacji. Absolutnym hitem okazała się nasturcja, podobna w smaku do rzodkiewki. Szkoda, że soli nikt nie miał.
Po krótkim wykładzie na temat zielarstwa pani Bożena rozdała nam buteleczki i wyjaśniła, jak stworzyć eliksir na bazie octu oraz jak go stosować (nie pić!). Niezależnie od tego, jak bardzo wypiękniejemy od wcierania w skórę ziołowych specyfików, butelki z kolorową zawartością wyglądają tak ładnie, że można postawić je na półce w celach ozdobnych.
Po warsztatach wizyta w suszarni i sklepiku oraz poczęstunek; Asia zadbała o to, żeby na stole oprócz herbaty ziołowej pojawiła się kawa. I ruszamy na miasto... To znaczy: Miastko.
W drodze do Miastka odwiedziliśmy jeszcze Cmentarzysko Kultury Pomorskiej w Trzebiatkowej. Obiekty skansenu archeologicznego rywalizowały o naszą uwagę z grzybami, które panoszyły się wszędzie.
Zwiedzanie Miastka stanęło pod znakiem zapytania: ledwo wysiedliśmy z autokaru, zaczęło padać. Na szczęście deszcz szybko ustał i mogliśmy wypełnić misję: znaleźć figurę rozbójnika Rummela – tamtejszego Janosika czy, jak kto woli, niemieckiego kryminalisty. Dotarliśmy na miejsce, a tu niespodzianka! Rummela nie ma, wzięli i zabrali, zbóje jedne.
Na pociechę kawiarnia, pamiątkowe zdjęcie i bonusowy punkt programu: Żydowo, gdzie znajduje się elektrownia szczytowo-pompowa. Niestety, deszcz szybko zagonił nas do autokaru.
Kolejny przystanek zapowiadał się nader tajemniczo: rezerwat archeologiczny „Kręgi Kamienne”, w którym, oprócz zawartej w nazwie atrakcji, znajduje się Drzewo Czarownic. Jeden z kamieni w rezerwacie emanuje złą energią i sprowadza nieszczęście, dlatego nie wolno go dotykać... Ojej, za późno! I co teraz będzie?
...no i cmentarz był. Na terenie nekropolii w Tychowie znajduje się bowiem Trygław – zwieńczony krzyżem, największy w Polsce głaz narzutowy. Podczas mszy odprawianej z okazji Wszystkich Świętych głaz ten służy za oltarz.
Uczestnicy wycieczki zorganizowali przy Trygławie imponującą sesję zdjęciową. Niektórzy usiłowali przeprowadzić atak szczytowy na głaz, lecz musieli się poddać. Istny Everest!
I tak dzień zleciał nam na oglądaniu mniejszych i większych kamieni, podziwianiu rzeźby, której nie było, podjadaniu kwiatków...
– Zaraz, zaraz, a obiad? – spytają ci, którzy na wycieczkę Asi nie pojechali.
Ano był, ale w porze kolacji – do stołu podano (czyli sami sobie podaliśmy, bo to szwedzki bufet) o 19:00.
Do Hotelu Polonez w Rymaniu, gdzie mieliśmy jeść i nocować, przyjechaliśmy przed 18:00. Starczyło czasu, żeby się zameldować i odświeżyć, pointegrować ze zwierzakami w mini zoo i rozejrzeć po miejscowości. W Rymaniu znajduje się między innymi pałac (obecnie w funkcji hotelu) i wieża ciśnień.
Po obiedzie nie wszyscy udali się grzecznie do swoich pokojów. Kilka osób zostało w restauracji, gawędząc i wpadając na uczestników wesela, które odbywało się w sali obok. Miły dzień nie tak łatwo zakończyć...
Trampowanie autokarowe Asi: dzień drugi
Z Rymania do Trójmiasta przez Karlino, Białogard, Podborsk i Okonek
Cóż to była za niedziela! Ile razy byliście na wycieczce oferującej Czesława Niemena, spacer po wrzosowisku i bombę atomową? Ale zachowajmy dla przyzwoitości chronologię.
Zjedliśmy całkiem przyzwoite śniadanko (kawa, kawa, KAWA!), dzieląc się przygodami, jakie spotkały nas w hotelowych pokojach. Najciekawszy wypadek zdarzył się na parterze – przez okno wskoczył młody ssak z rodziny kotowatych i chciał skorzystać z łazienki. A ja nocowałam na pierwszym piętrze, niestety...
O wpół do dziewiątej zapakowaliśmy się do autokaru. Kierowca obrał kurs na Karlino. Mając w pamięci znikającego rozbójnika Rummela, zaraz po przybyciu do Karlina rzuciliśmy się na tubylczego krasnala. Na szczęście stał na swoim miejscu, pojąc zwierzęta z różowej miski.
Ulice Karlina, pełne przejść na tajemnicze podwórka, przypominały mi scenerię noweli pozytywistycznej. Konotacje literackie ustąpiły miejsca filmowym, kiedy dotarliśmy do fontanny przy ulicy Konopnickiej. Postacie trzech strażaków od razu skojarzyły mi się z „Łowcami Duchów”. Geneza figur niewiele ma jednak wspólnego z komedią. Instalacja upamiętnia zdarzenie, do którego doszło w 1980 roku w Krzywopłotach koło Karlina – jedną z największych erupcji ropy w Europie.
Pożegnawszy strażaków, poszliśmy rzucić okiem na Wyspę Biskupią, a następnie do kościoła pw. św. Michała Archanioła (piękne witraże). Zaraz obok znajduje się drugi kościół, czyli komisariat policji. Nieźle nas zwiodła bryła budynku! Ostatnią atrakcją Karlina był dla nas mural upamiętniający 50. rocznicę nadania imienia szkole podstawowej (oraz Regionalne Centrum Sportu i Rekreacji, które odwiedziliśmy z bardziej pragmatycznych powodów).
I pomknęliśmy do Białogardu na spotkanie z Czesławem Niemenem. W końcu jesień się zaczyna, chociaż bardziej maślakami niż mimozami.
Przybywamy do Białogardu i niespodzianka! Zamiast Niemena krowy, kolorowe i pasące się na trawniku. Matki założycielki? Nie, to wspomnienie wojny o krowę. Niemen też był, i to zdublowany – jeden muralowy, drugi trójwymiarowy. Fanki o mało nie przewróciły pomnika...
Chcieliśmy obejrzeć kościół pw. Najświętszej Marii Panny, ale trwała msza. Zostało więc przejście Bramą Wysoką (Połczyńską) i powrót do autokaru. Po drodze można było skorzystać z toalety na dworcu... W akcie desperacji, mówiąc eufemistycznie.
Kawa w garść, koła w ruch i jazda do Podborska. Znajduje się tam Obiekt 3001, dawny magazyn amunicji atomowej. Obecnie działa w nim Muzeum Zimnej Wojny. Cośmy się nastali pod bunkrem, czekając na otwarcie, to nasze, ale było warto. Muzeum robi wrażenie, chociaż humoru raczej nikomu nie poprawi – eksponaty przypominają, że człowiek człowiekowi wilkiem... Z ulgą wyszliśmy na słońce i świeże leśne powietrze. Nie trzeba magicznych kamieni, by poczuć niepokojącą atmosferę. Wystarczy szczypta historii ludzkości.
Porzućmy jednak ponure rozważania, bo coraz bliżej szesnasta, czyli obiad. Dla jednych zbliżał się bardziej, dla drugich mniej – bar w Szczecinku był w stanie pomieścić niewiele ponad dwadzieścia osób, dlatego musieliśmy podzielić się na grupę jadalną i niejadalną. Jadalni poszli na obiad, zaś niejadalni (w tym ja) do kościoła pw. św. Rozalii.
Obeszliśmy Kalwarię i obejrzeliśmy grotę z ładną figurą włoskiej pustelnicy. Droga Krzyżowa opowiada historię Męki Pańskiej bardziej symboliką niż sztuką figuratywną, co w połączeniu z kamiennym budulcem daje interesujący efekt. Niestety, Stacja IX została zdewastowana; burzy to kontemplacyjny charakter miejsca.
Po krótkiej wizycie w kościele grupa niejadalna poszła w końcu na obiad. Musieliśmy wszyscy zostać uznani przez obsługę baru za zapaśników sumo – podano nam kotlety wielkości statystycznego Trampa. Legenda głosi, że niektórym udało się zjeść je w całości... Większość ekipy wsiadła do autokaru z niedojedzonymi kotletami w garści.
Nieco przeciążony autokar potoczył się do rezerwatu „Wrzosowiska w Okonku” (woj. wielkopolskie). Po dwóch intensywnych dniach mogliśmy napawać się przyrodą odzianą w fiolet, zieleń i brąz, oraz niebem przystrojonym koronką chmurek.
A potem już tylko droga do Trójmiasta, z postojem na stacji benzynowej. Krajobrazy za oknami autokaru pochłaniał mrok. Chociaż część trasy wiodła leśnymi szosami, jakby wyjętymi z powieści Stephena Kinga, obyło się bez przygód. To był weekend pełen wrażeń. Każda chwila niosła coś ciekawego. Sobota minęła w towarzystwie deszczu, ale pogoda nie pokrzyżowała naszych planów. Z harmonogramu wypadła jedynie wspinaczka na Pomorską Górę Piachu, co pozwoliło nam zachować czyste buty.
Zmęczenie niekiedy dawało się we znaki (zwłaszcza tym niewyspanym), ale wycieczki autokarowe mają to do siebie, że jest się gdzie zdrzemnąć.
Najwyższy czas sprawdzić, jakie procesy chemiczne zachodzą w buteleczce od pani Bożeny!
|
autor zdjęć: Basia O
autor zdjęć: Basia O
| Księga gości - wrażenia z wycieczki |
|
 |
|